Wysłany: 2006-01-25, 12:41 takie moje małe wędrowanie
W sumie to jakoś tak impulsywnie przyszło mi do głowy napisać coś tutaj. Nie wiem, jakiś czas temu pewnie coś podobnego zdarzyło mi się wyrzeźbić na jakimś innym forum... ale to było kilka lat temu, a od tamtej pory sporo się zmieniło.
Religijność moich dziadków (z których poznałem tylko połowę) była duża. Z kolei w domu to różnie bywało. Z ojcem w kościele byłem może 10 razy - I Komunia (moja i brata), pogrzeby, bierzmowanie (moje i brata), Z mamą od małego chodziliśmy do kościoła - ale nie było to jakieś "zaganianie" na siłę, "bo trzeba". Nie. Pamiętam bardzo dobrze msze dziecięce w Gdyni (wtedy jeszcze tam mieszkaliśmy). Proste poczucie, że Bozia cieszy się z modlitw maluchów, radosny śpiew prostymi tekstami, kazania też specjalnie dla najmłodszych; rodzice i opiekunowie stali jakby po bokach kościółka - to my, najmłodsi, siedzieliśmy na ławeczkach pośrodku.
Trudno jednak o tym okresie powiedzieć, żeby to była wiara jakoś specjalnie świadoma. Czuło się, że pomaganie rodzicom, bycie grzecznym itp jest dobre, że Bozia tak uczy i tak powinno się postępować. Ale coś, co ja mogę nazwać wiarą świadomą, przyszło później, kiedy przeprowadziliśmy się do Gdańska.
Sam nie pamiętam, jak to było, ale na początku II klasy podstawówki stwierdziłem, że chciałbym zostać ministrantem. Może przykład kolegów, którzy już służyli przy ołtarzu? Pewnie też. Jednak na początku bycia w lso jakoś nie traktowałem tak tego specjalnie przykładając się do służenia. Szczerze, to pojawiałem się tylko na mszach niedzielnych (więc kiepski ze mnie ministrant był). Jakoś tak w połowie podstawówki miałem krótki okres, że w ogóle przestałem chodzić do kościoła. Nic, zero. Omijałem msze, każdy pretekst był dobry, żeby nie iść. Moją mamę tym bardziej cenię, że nie zmuszała mnie wówczas do uczestniczenia we mszy - pewnie gdyby próbowała, efekt byłby zupełnie odwrotny i, kto wiem. może do dzisiaj nie zajrzałbym do kościoła.
Tak sobie mniej więcej roczek zleciał... I jakoś kolega z klasy kiedyś wpadł: "chodź, idziemy na roraty". Co ciekawsze, ten człowiek sam nigdy nie był i nie jest jakimś gorliwcem jeśli chodzi o służenie (niezbadane pomysły Boże ...). W sumie, nie chciałem iść, ale poszedłem. Do zakrystii wchodziłem jakiś taki... świadomy tego, że nie było mnie tu rok, że zaraz ksiądz może rozedrzeć się na mnie, że zawiodłem... A ksiądz wszedł i powiedział tylko "dobrze, że jesteś" i się uśmiechnął. Cóż, 11-latkowi takie coś daje do myślenia. Stwierdziłem że skoro kiedyś zobowiązałem się do służenia, to trzeba dotrzymywać słowa.
Zacząłem przychodzić służyć w tygodniu, w niedziele i święta. To takie piękne - być blisko ołtarza, na wyciągnięcie ręki do największego Cudu, jaki dokonuje się na ziemi. Pomagać księdzu. Jak to w tym wieku, człowiek grywał w piłeczkę i inne takie, ale jak zbliżała się pora mszy - szedłem do kościoła. W sumie, do końca podstawówki chodziłem w piątki na mszę przed zajęciami w szkole i jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało - uważam, że to piękny początek dnia
Po jakimś czasie odkryłem, że chyba chciałbym zostać księdzem. Wykrystalizowało się to jakoś... ok. 6 klasy podstawówki. Tak, to jest to - pójść do seminarium, zostać księdzem. Zacząłem się interesować nieco Kościołem (jako instytucją, hierarchią), starałem się dowiedzieć więcej o liturgii - wtedy też zacząłem czytywać biografie świętych, mniejsze lub większe dziełka dotyczące spraw duchowych. Wciągało, oj, wciągało.
Modlitwa nadawała temu wszystkiemu sens. Bóg nie jest złotą rybką - ale pomaga człowiekowi w sytuacjach, w których najmniej tej pomocy się spodziewamy, albo wręcz nie wierzymy że nawet On mógłby pomóc. Na początku wahałem się, czy można (wypada) prosić w jakiś błahych sprawach... Ale zrozumiałem, że On chyba nie oczekuje właśnie, żebym raz w roku prosił o coś, jak się już wszystko dokumentnie wali - ale żebym bez ogródek po prostu zwracał się do Niego, jak mam z czymkolwiek problem. Pewnie - nie można wyjść z założenia, ze wystarczy się pomodlić, a Bóg już to wszystko tak "ustawi", że będzie dobrze. Ale jeśli człowiek w tym, co robi, do czego dąży, przestanie widzieć Boga, nie będzie zwracał uwagi na innych ludzi - to może stanąć na głowie, a i tak nic z tego nie wyjdzie.
Nauczyłem się modlić i prosić, ale chyba najbardziej cieszę się z tego, że nauczyłem się także dziękować. Bo dostałem wiele i miałem w życiu kilka takich sytuacji, gdzie nie wierzę, aby udało mi się z nich wyjść tak, jak mi się udało - gdyby nie Jego pomoc. Każdy, nawet niewierzący, w opresji potrafi zwrócić się do Pana, a Pan pewnie wysłuchuje. Dla mnie sztuką jest umieć poprosić, ale też po fakcie - podziękować. Nawet, jeśli wyszło nie do końca, albo wręcz zupełnie inaczej niż chciałem. Widocznie tak ma być - On tak chce. Nie rozumiem tego? Owszem, często. I tu trzeba nad sobą pracować - nie starać się za wszelką cenę rozgryźć Boga, zrozumieć wszystko. Uwierzyć, że tak ma być. Dużo pomaga patrzenie na pewne sprawy z dalszej perspektywy - tydzień, miesiąc, rok. Wtedy wszystko układa się w spójną całość, często niewidoczną przez [ryzmat jednego dnia, jednej sytuacji.
Żeby nie urwać tak w połowie - ministrantem jestem nadal. Lektorem też od kilku lat, mniej więcej tak samo długo zajmuję się koordynowanie lso w rodzinnej parafii. Księdzem nie jestem i nie zamierzam chyba być - bo wydaje mi się, że jednak nie tego Bóg ode mnie oczekuje. Studiuję, prawie 2 lata jestem w naprawdę szczęśliwym związku z którym wiążę plany na przyszłość. Pracuję sobie. Jest mi dobrze. I choć przez dobre 6 lat byłem przekonany, że będę studiował w seminarium i, jak Bóg da, zostanę księdzem, to już wiem, że tak nie będzie. To jest mój wybór i wierzę, że to Bóg mnie tak pokierował i przez kilka osób doprowadził do miejsca, w którym jestem. I że w tym miejscu mam właśnie być, na tej właśnie drodze starać się być dobrym chrześcijaninem.
Wiele popełniłem po drodze błędów i jestem bardzo wdzięczny kilku osobom, które nie odwróciły się wtedy ode mnie. Błędy popełniam nadal, choć staram się nie powielać swoich Staram się z każdej sytuacji, każdego wydarzenia wyciągnąć jakieś wnioski, nauczyć się czegoś nowego. Kroczek po kroczku, do góry - gdziekolwiek ta góra jest. Bardzo lubię taką sentencję (choć nie znam autora): Nikt nie potyka się o góry. Możesz się potknąć jedynie o mały kamyk. Jednak kiedy wyminiesz wszystkie kamyki na twojej drodze, przekonasz się, że przekroczyłeś górę. Codziennie uczę się, że Bóg nie stawia przed nami rzeczy ponad możliwości - a jeśli tak się wydaje, to znaczy że trzeba umieć poprosić Go o pomoc.
Wielu ludzi ma problemy ze zrozumieniem, z przekonaniem się do Boga, w kontekście tylu różnych kataklizmów, które dotykają świat. Ja do tego podchodzę nieco z dystanesm: taki przykład - ojciec, gdy uczy dziecko jeździć na rowerze, czy nie pozwala mu czasem się przewrócić, aby nauczył się dobrze jeździć? Pozwala, sam wiele razy wywaliłem się (nie tylko ucząc się jeździć, potem jeżdżąc też). I tak jest w życiu. Bóg dopuszcza na nas różne rzeczy, czasami mniej a czasami bardziej nas wypróbowujące. Każdy dzień wnosi coś nowego, ma czymś ubogacić. A skoro potrafimy dziękować Bogu za dobro, to czemu by z wdzięcznością nie przyjąć też tego, co boli i przygniata czasami? Wobec Bog trzeba być konsekwentnym.
Nie uznaję uważania ludzi niewierzących za "gorszych". Lubię tylko dowiedzieć się, czemu nie wierzą - czy nie wierzą, "bo tak" (czyli w sumie sami nie wiedzą, czemu), czy mają jakiś powód. A wiele jest takich, czysto ludzkich, powodów (np. związanych z samym Kościołem w sensie instytucji i jego przedstawicielami, księżmi), które odwracają ludzi od Kościoła, a dla niektórych jest to równoważne z porzuceniem Boga. Szanuję tych, którzy - mają zastrzeżenia do Kościoła - potrafią nadal wierzyć w Boga, wierzyć Bogu. To jesst sztuka: coś ziemskiego mnie nie przekonuje, ale wierzę nadal przez wzgląd na to, co jest Większe i Wieczne.
Spotkałem się ze stwierdzeniami - "Bóg Cię kocha - to tylko wyświechtany slogan". Być może. Ale cieżko byłoby zacząć od traktatów teologicznych. Spokojnie. Powolutku, od podstaw. Trudniej byłoby przekonać się, zaczynając od czytania Akwinaty, niż np. sięgając do Biblii albo do wierszy śp. x Twardowskiego. Bóg na wiele sposobó dociera do człowieka - nie da się w jeden, to srpóbuje w inny. Grunt to się nie zamykać na to. Życie z Bogiem to nie jest pójście na łatwiznę - "cudowny pretekst, aby wszystko wytłuamczyć, co mi się w głowie nie mieści". To jest właśnie wymaganie od siebie więcej - niekoniecznie odmawiania pięciu litanii dziennie, dwóch różańców i uczestniczenia w trzech mszach. Masz czas i możliwość - pewnie. Ale to po mnie, po tym co i jak robię, ma być widać, że żyję tym, w co wierzę - niekoniecznie po ilości przesiedzianych w kościele godzin.
Jestem Bogu naprawdę wdzięczny - za to, co już dostałem, i za to, że uczy mnie przyjmować rzeczy łatwiejsze i trudniejsze. Za to, że stara mi się pokazać (choć ja wielokrtotnie nie chcę tego widzieć), że wcale nie jestem taki super - i że mam nadal bardzo wiele do zmienienia w sobie. No i za to, że cały cza snie traci we mnie nadziei - że może jutro też uda mi się zrobić coś dobrego.
Polecam bardzo ten wiersz x Jana - ja używam tych słów jako modlitwy:
Cytat:
Stukam do nieba
proszę o wiarę
ale nie o taką z płaczem na ramieniu
taką co liczy gwiazdy a nie widzi kury
taką jak motyl na jeden dzień
ale
zawsze świeża bo nieskończoną
taką co biegnie jak owca za matką
nie pojmuje ale rozumie
ze słów wybiera najmniejsze
nie na wszystko ma odpowiedz
i nie przewraca się do góry nogami
ja żeli kogoś szlag trafi
Jeszcze to czytasz? Wytrwały Nie będę zanudzał dłużej. Wierzysz w Boga Świetnie - nie zmieniaj się i staraj się Go odkrywać na codzień. Nie wierzysz To zastanów się, może warto dać Mu szansę (bo to jest też szansa przede wszystkim dla Ciebie - Ty więcej zyskasz).
Myślisz, że Bóg Cię już skreślił, że nie zależy Mu na Tobie? Nie, na pewno nie. Co najwyżej - to Ty sam skreśliłeś siebie przed Bogiem. Możesz być beznadziejny, niestały, nieuczciwy - epitetów można podać wiele. Dopóki żyjesz - masz szansę. Prośba o pomoc nie boli - a On i tak Cię wysłucha. Nie musisz obiecywać cudów, przysięgać - Jemu chodzi o to, abyś Mu zaufał. Nie prosił - bo tak łatwiej, tylko przekonał się, że On może Ci pomóc. Staraj się wykorzystać ten czas, bo nie wiesz ile go masz. Bogu zależy na każdym człowieku - po prostu przekonaj siebie do tego. Wtedy zaczyna się piękna przygoda
W cieniu Twoich rąk ukryj, proszę, mnie.
Gdy boję się, gdy wokół mrok
bądź światłem, bądź nadziei dniem.
Wszystkim o czym śnię, głosem w sercu mym,
jak ręka, która trzyma mnie
nad brzegiem nocy, brzegiem dni.
Bądź jak skrzydła dwa, kiedy braknie sił...
Chwyć mnie i nieś, niech niebo bliżej będzie
tak bardzo chcę w ramionach skryć się Twych.
_________________
Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie.
Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.
(Marek Aureliusz)
post dlugi... ale w koncu za ktoryms tam razem udalo mi sie go przeczytac
dziekuje za zaufanie...
jedno chce sie rzec... chwala Panu !
On ma swoje sposoby na kazdego czlowieka...
a jesli chodzi o Twoje myslu o kaplanstwie... to tak to zwykle bywa ze ludzie ktorzy mieli zostac osobami duchownymi zakaldaja rodziny a ososby ktore byly daleko od Boga nagle staja sie wierzace i ida do seminariow/zakonow
pozdrawiam i zycze nie utracenia wiary, ktora posiadasz
_________________ " Rwijcie pąki swoich róż, póki jeszcze możecie,
Bo czas uleci choć stary swym wiekiem.
Kwiat dziś co uśmiechem się ukłoni,
Umrze jutro w waszej dłoni. "
Mam nadzieję, że ktoś Twojej wypowiedzi nie odczyta: aha, nie poszedł do seminarium, to stracił wiarę :P
_________________
Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie.
Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.
(Marek Aureliusz)
posta przeczytalam b szybko... i bynajmniej nie wiało nuda;)
ciesze, sie, ze wyartykułowaleś to wszytsko co myslisz, bo wlasnie takich słow poszukuje.... dowodu na to, ze droga na kora weszlam jest warta kazdego wyssiłku:))) ze nie ma takich powodow które by usprawiedliwiały odwracanie sie do Boga plecami
_________________
Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie.
Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.
(Marek Aureliusz)
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach